Gateway obdarowa�a mnie wieloma milionami, ale te� przyprawia mnie o dreszcze. Polecie� tam by�o jak spotka� powracaj�cego samego siebie. Da�em si� pozna� jako m�oda, sp�ukana do czysta, przera�ona, zrozpaczona istota ludzka, kt�rej jedyny wyb�r polega� na tym, �e mog�a uda� si� w podr�, kt�ra mog�a j� zabi� lub pozosta� w miejscu, gdzie nikt nie chcia� przebywa�. Nie tak wiele si� tam zmieni�o. Nadal nikt nie chcia� tam przebywa�, cho� niekt�rzy ludzie to robili, a tury�ci przylatywali i odlatywali, tam i z powrotem. Cho� przynajmniej podr�e nie by�y tak straszliwie niebezpieczne jak dawniej. Kiedy cumowali�my, powiedzia�em mojemu programowi, Albertowi Einsteinowi, �e dokona�em pewnego filozoficznego odkrycia, mianowicie takiego, �e na �wiecie wszystko si� wyr�wnuje. Na Gateway jest bezpieczniej, za� ca�a nasza ojczysta planeta Ziemia staje coraz bardziej gro�na.
- By� mo�e istnieje jaka� zasada zachowania nieszcz�cia, kt�ra okre�la �redni� warto�� kwantow� nieszcz�cia dla ka�dej istoty ludzkiej, a my co najwy�ej mo�emy je rozsmarowa� bardziej w jednym lub w drugim kierunku?
- Kiedy opowiadasz takie rzeczy, Robinie - westchn�� - zastanawiam si�, czy moje programy diagnostyczne s� tak dobre, jak by� powinny. Jeste� pewien, �e co� ci� nie boli po operacji? - Siedzia� sobie, a przynajmniej tak to wygl�da�o, na brze�ku krzes�a, prowadz�c nasz statek do l�dowania gdy tak m�wi�, ale wiedzia�em, �e pytanie by�o retoryczne. Oczywi�cie przez ca�y czas mnie obserwowa�.
Gdy tylko statek zosta� zabezpieczony, wyj��em wachlarz z Albertem, wpakowa�em go pod rami� i ruszy�em do mojego nowego statku.
- Nie zwiedzamy? - spyta�a Essie, przygl�daj�c mi si� z prawie identycznym wyrazem twarzy, jaki zaobserwowa�em u Alberta. - Mam p�j�� z tob�?
- Naprawd� to mnie kr�ci ten statek - odpar�em - i chc� tylko i�� i rzuci� okiem. Mo�emy si� tam spotka� p�niej. - Wiedzia�em, �e a� pali si� do ogl�dania, jak nowa filia jej ukochanej firmy radzi sobie w nowym miejscu. Oczywi�cie, wtedy nie wiedzia�em, na kogo mo�e si� tam nadzia�.
Nie my�la�em wi�c o niczym szczeg�lnym kiedy wspina�em si� przez luk mojego w�asnego, osobistego, zbudowanego przez ludzi mi�dzygwiezdnego jachtu kosmicznego i niech mnie trafi, je�li rzeczywi�cie mnie tak to nie kr�ci�o jak powiedzia�em Essie. Rozumiecie, spe�nienie dziecinnych marze�! By� prawdziwy. By� ca�y m�j i mia� wszystko.
A przynajmniej prawie wszystko. Mia� prywatn� kabin� w�a�ciciela z cudownie szerokim aizokinetycznym ��kiem i prawdziw� toalet� w s�siednim pomieszczeniu. Mia� wypchan� spi�arni� i co� bardzo zbli�onego do prawdziwej kuchni. Mia� dwie kabiny robocze, jedn� dla Essie i drug� dla mnie, gdzie by�y schowane koje dla go�ci, gdyby�my za�yczyli sobie towarzystwa. Mia� pierwszy zbudowany przez ludzi system nap�dowy, kt�ry sprawdzi� si� w przypadku cywilnego statku nad�wietlnego - tak, niekt�re elementy pochodzi�y od Heech�w, wyci�gni�te z uszkodzonych statk�w poszukiwawczych, ale wi�kszo�� tego wszystkiego wykonali ludzie. No i by� pot�ny, z wielkim, szybkim nap�dem. Mia� te� miejsce dla Alberta, gniazdo dla wachlarza z wygrawerowanym na nim jego imieniem; w�o�y�em go na miejsce, ale nie w��cza�em go, gdy� moja samotna eskapada sprawia�a mi przyjemno��. Mia� wachlarze pe�ne muzyki i film�w i dzie� encyklopedycznych oraz program�w specjalistycznych, kt�re mog�y robi� wszystko, czego tylko sobie za�ycz� - albo Essie sobie za�yczy. Mia� ekran skopiowany z wielkiego transportowca S. Ja., dziesi�� razy wi�kszy od malutkich zamazanych p�ytek w statkach eksploracyjnych. Mia� wszystko, co kiedykolwiek zapragn��em mie� na statku, a tak naprawd� brakowa�o mu jedynie imienia.
Jednym z mniej istotnych ze znalezionych artefakt�w Heech�w by� popychacz aizokinetyczny - proste narz�dzie, kt�re mog�o przekszta�ci� nacisk o r�wnej sile przy�o�ony pod pewnym k�tem w si�� nap�dow�. Teoria na ten temat by�a wyczerpuj�ca i elegancka. Zastosowanie, jakie wymy�lili ludzie, ju� nie bardzo - najbardziej popularnym produktem wykonanym z materia��w aizokinetycznych by�y materace do ��ek ze "spr�ynami", kt�rych si�a by�a raczej wektorem ni� skalarem, oferuj�c poniek�d ekscytuj�ce wsparcie dla czynno�ci seksualnych. Czynno�ci seksualne! Ile czasu po�wi�ca na nie bia�kowa inteligencja!
Siedzia�em na brzegu wielkiego aizokinetycznego ��ka, odczuwaj�c �mieszny nacisk na doln� cz�� cia�a, gdy� by� on skierowany do g�ry, a nie w taki spos�b, jak naciskaj� na cz�owieka uginaj�ce si� brzegi zwyk�ego materaca i rozmy�la�em o tym ca�ym problemie. To by�o dobre miejsce do takich rozmy�la�, gdy� osoba, kt�ra b�dzie wraz ze mn� zajmowa� to ��ko, jest zarazem osob�, kt�rej imieniem chcia�em nazwa� statek. Ale ju� nazwa�em transportowiec jej imieniem.
Oczywi�cie, by�y r�ne sposoby poradzenia sobie z t� kwesti�. Mog�em nazwa� go Semya. Albo Essie. Albo Pani Broadheadowa, jak ju� przy tym jeste�my, ale to by�oby do�� durne.
Sprawa by�a pilna. Mieli�my zaraz wyruszy�. Nic nie trzyma�o nas na Gateway, z jednym wyj�tkiem: nie wyobra�a�em sobie wyruszenia statkiem, kt�ry nie ma nazwy. Poszed�em do kokpitu i osun��em si� na fotel pilota. Ten zbudowano dla ludzkiego ty�ka i ju� samo
to by�o olbrzymim post�pem w stosunku do dawnych czas�w.
Kiedy by�em dzieciakiem w kopalniach po�ywienia, siadywa�em na kuchennym taborecie i udawa�em, �e pilotuj� statek z Gateway do odleg�ych zak�tk�w wszech�wiata. A teraz robi�em dok�adnie to samo. Wyci�gn��em d�o� i dotkn��em pokr�te� kursu i uda�em, �e naciskam na guzik zap�onu i... i... c�, odda�em si� fantazjom. Wyobra�a�em sobie, �e przemierzam kosmos w ten sam beztroski, awanturniczy i bezkarny spos�b, jak to sobie wymarzy�em jako dziecko. Wiruj�ce kwazary. Wypad do pobliskiej obcej galaktyki. Wycieczka do chmury krzemowego py�u otaczaj�cej j�dro. Spotkanie z Heechem! Wej�cie do czarnej dziury...
Wizja rozpad�a si� w tym momencie, gdy� sta�a si� zbyt osobi�cie realna, lecz oto nagle przysz�a mi do g�owy nazwa dla statku. Doskonale pasowa�a do Essie, ale nie by�a powieleniem nazwy S. Ja.
Prawdziwa Mi�o��.
To by�a �wietna nazwa!
A skoro tak by�o, czemu czu�em si� jako� niejasno sentymentalny, nieszcz�liwie zakochany, pogr��ony w melancholii?
Nie by�a to my�l, kt�r� chcia�bym �ciga�. C�, skoro imi� zosta�o wybrane, by�o tyle do zrobienia: wprowadzi� poprawk� do rejestru, zmieni� zapisy w dokumentach ubezpieczeniowych statku - ca�y �wiat musia� us�ysze� o mojej decyzji. �eby to zrobi�, wystarczy�o powiedzie� o tym Albertowi. Porusza�em wi�c wachlarzem, na kt�rym by� zapisany, �eby si� upewni�, �e jest dobrze w�o�ona i w��czy�em go.
Nie przyzwyczai�em si� jeszcze do nowego Alberta, wi�c zdziwi�em si�, kiedy pojawi� si� nie w holoramie, nawet nie w pobli�u wachlarza, ale w drzwiach do g��wnej kabiny. Sta� tam trzymaj�c �okie� w zag��bieniu d�oni i fajk� w wolnej r�ce, rozgl�daj�c si� spokojnie po ca�ym szerokim �wiecie, jakby w�a�nie wszed�.
- Pi�kny statek, Robinie - rzek�. - Moje gratulacje.
- Nie wiedzia�em, �e potrafisz tak skaka� dooko�a!
- W rzeczywisto�ci nie skacz� dooko�a, m�j drogi Robinie - podkre�li� uprzejmie. - Cz�� mojego programu dba o najwy�szy mo�liwy realizm sytuacji. Pojawienie si� jak d�in z butelki nie wydawa�oby si� bardzo realistyczne, prawda?
- Jeste� wspania�ym programem, Albercie - przyzna�em, a on u�miechaj�c si�, rzek�:
- I uwa�nym, je�li mog� tak powiedzie�, Robinie. Na przyk�ad, wydaje mi si�, �e dobra �ona w�a�nie tu nadci�ga. - Odsun�� si� na bok, zupe�nie niepotrzebnie!
- kiedy wpad�a Essie, sapi�c i wygl�daj�c, jakby pr�bowa�a nie wygl�da� na zmieszan�.
- O co chodzi? - pr�bowa�em si� dowiedzie�, nagle zaniepokojony.
Nie odpowiedzia�a od razu.
- Nie s�ysza�e� wi�c jeszcze? - w ko�cu uda�o jej si� wykrztusi�.
- O czym nie s�ysza�em?
Spojrza�a na mnie z mieszanin� zaskoczenia i ulgi.
- Albercie? Nie ustanowi�e� jeszcze po��czenia z miejscow� sieci� danych?
- W�a�nie mia�em to zrobi�, pani Broadhead - odpar� uprzejmie.
- Nie, nie r�b tego! Musz� usun�� najpierw pewne odchylenia w ustawieniach dla warunk�w na Gateway.
- Albert �ci�gn�� usta w zamy�leniu, ale nie odezwa� si�. Ja nie by�em tak pow�ci�gliwy.
- Essie, wyrzu� to z siebie! Co si� dzieje? Usiad�a na fotelu stanowiska ��czno�ci i wachlowa�a si� d�oni�.
- Ten dra� Wan - rzek�a - jest tutaj! A� si� dziwi�, �e nie s�ysza�e�. Uuuuch! Ale bieg�am! Ba�am si�, �e si� zdenerwujesz.
U�miechn��em si� lekcewa��co.
- Operacja mia�a miejsce ca�e tygodnie temu, Essie
- przypomnia�em jej. - Nie jestem a� tak delikatny i nie s�dz�, �ebym zdenerwowa� si� Wanem, jak ju� o tym m�wimy. Mog�aby� troch� bardziej we mnie wierzy�!
Rzuci�a mi spojrzenie spode �ba, po czym skin�a g�ow�.
- Prawda - przytakn�a. - G�upia by�am. Dobrze, wracam do pracy - m�wi�a dalej, wstaj�c i podchodz�c do drzwi. - Ale pami�taj, Albercie - nie ma ��czenia si� z sieci� dop�ki nie wr�c�!
- Poczekaj - zawo�a�em. - Nie s�ysza�a� jeszcze mojej nowiny. - Zatrzyma�a si� na do�� d�ug� chwil�, �ebym m�g� powiedzie� to z dum�. - Wymy�li�em imi� dla naszego statku. Prawdziwa Mi�o��. Co ty na to?
Zastanowienie si� nad tym zaj�o jej d�u�sz� chwil�, a jej wyraz twarzy sta� si� o wiele bardziej niepewny i znacznie mniej zachwycony, ni� si� tego spodziewa�em. Potem rzek�a:
- Tak, to bardzo dobra nazwa, Robinie. Niech go B�g b�ogos�awi i wszystkich, kt�rzy b�d� nim podr�owa�, ha? A teraz musz� ju� i��.
Po dwudziestu pi�ciu latach nadal nie ca�kiem rozumiem Essie. Powiedzia�em o tym Albertowi. Siedzia� w pozycji "na spocznij" na �awce przy toaletce Essie, przygl�daj�c si� swemu odbiciu w lustrze, po czym wzruszy� ramionami. - S�dzisz, �e ta nazwa jej si� nie spodoba�a? - spyta�em. - Ale taka jest �adna!
- R�wnie� tak uwa�am, Robinie - zgodzi� si� ze mn�, robi�c miny do lustra.
- A ona chyba nawet nie chcia�a obejrze� statku!
- Chyba si� nad czym� zastanawia�a - przytakn��.
- Ale nad czym? Jak rany - powt�rzy�em - nie zawsze rozumiem, o co jej chodzi.
- Przyznam, �e ja tak�e nie, Robinie. W moim przypadku - rzek�, odwracaj�c si� od lustra i mrugaj�c do mnie - za�o�y�em, �e jest tak dlatego, �e ja jestem maszyn�, a ona cz�owiekiem. Zastanawiam si�, jaka jest przyczyna w twoim przypadku?
Zagapi�em si� na niego, nieco rozz�oszczony, po czym u�miechn��em si� z�o�liwie.
- Twoje nowe oprogramowanie, Albercie, jest naprawd� zabawne - powiedzia�em mu. - Co ci daje udawanie, �e patrzysz w lustro, skoro wiem, �e i tak w ten spos�b nic nie widzisz?
- Co ci daje patrzenie na Prawdziw� Mi�o��, Robinie?
- Dlaczego zawsze odpowiadasz pytaniem na pytanie?
- odpar�em, a on za�mia� si� na g�os. I by� to naprawd� przekonuj�cy pokaz. Odk�d mam Alberta, zawsze potrafi� si� �mia�, czasem nawet �artowa� po swojemu, ale zawsze si� wiedzia�o, �e to udawany �miech. Cz�owiek m�g� sobie my�le�, �e to obraz prawdziwej osoby - b�d�my szczerzy, przewa�nie tak by�o - jak czyj� obraz w piezowizorze. Ale nie by�o tam, tego no, jakby to nazwa�? Nie by�o obecno�ci. A teraz by�a. Nie czu�em jego zapachu. Ale czu�em jego fizyczn� obecno�� w pokoju za pomoc� zmys��w innych ni� wzrok czy s�uch. Temperatura? Poczucie masy? Nie wiem. Co by to nie by�o, m�wi ci, �e kto� jest z tob�.
- Prawdziwa odpowied� brzmi tak - powiedzia� powa�niej�c - �e ten wygl�d jest dla mnie odpowiednikiem nowego statku, czy nowego niedzielnego garnituru, czy jak� tam analogi� sobie wymy�lisz. Ja tylko przygl�dam si� sobie �eby sprawdzi�, czy mi si� podoba. A jak tobie si� podoba, co jest przecie� znacznie wa�niejsze?
- Nie b�d� taki skromny, Albercie - rzek�em mu.
- Bardzo mi si� podoba, cho� wola�bym, �eby� po��czy� si� z sieci�. Chcia�bym si� dowiedzie�, czy ktokolwiek z ludzi, z kt�rymi pracuj�, zrobi� co� w kwestii terroryst�w, na przyk�ad.
- Oczywi�cie, �e wykonam twoje polecenia, Robinie
- odpar� - ale pani Broadhead wyrazi�a si� bardzo �ci�le.
- Nie, nie chc�, �eby� wysadzi� si� w powietrze albo uszkodzi� swoje podprogramy. Wiem, co zrobi� - o�wiadczy�em, wstaj�c, gdy do g�owy przyszed� mi pewien pomys�. - Zrobi� obej�cie i pod��cz� si� do obwodu komunikacyjnego, pod warunkiem - za�artowa�em - �e jeszcze nie zapomnia�em, jak si� robi po��czenie.
- Sk�d, pewnie, �e mo�esz tak zrobi� - rzek�. Jego g�os brzmia�, jakby Albert by� zmartwiony, z jakiego� tam powodu. - Ale to nie jest jednak konieczne, Robinie.
- Hm, nie jest - powiedzia�em, zatrzymuj�c si� w po�owie drogi do drzwi - ale jestem ciekaw, wiesz...
- Je�li chodzi o twoj� ciekawo�� - o�wiadczy�,
u�miechaj�c si�, gdy upycha� tyto� do cybucha fajki; ale to by� wymuszony u�miech, jak mi si� wydawa�o. Je�li o to chodzi, to musisz wiedzie�, �e zanim zacumowali�my by�em w sta�ym kontakcie z sieci�. Nie ma �adnych ciekawych wiadomo�ci. Cho� to mo�liwe, �e ten brak nowinek sam w sobie jest interesuj�cy. A nawet zach�caj�cy.
Nie ca�kiem przyzwyczai�em si� do nowego Alberta. Usiad�em z powrotem, obserwuj�c go.
- Jeste� krytycznym skurwielem, doktorze Einstein - powiedzia�em mu.
- Tylko wtedy, gdy przekazuj� informacje, kt�re same w sobie nie s� dla mnie do�� jasne. U�miechn�� si�. - Genera� Manzbergen ju� nie odbiera twoich rozm�w. Senator m�wi, �e zrobi� co m�g�. Maitre Ijsinger twierdzi, �e Kwiatkowski i nasz przyjaciel z Malezji nie reaguj� na nasze wysi�ki zmierzaj�ce do skontaktowania si� z nimi, a od Alba�czyk�w odebra� wiadomo�� o tre�ci "Nie martw si�."
- Wi�c co� si� dzieje! - wrzasn��em, ponownie podskakuj�c.
- Co� mo�e si� dzia� - poprawi� mnie - a je�li tak jest naprawd�, to mo�emy jedynie pozwoli�, �eby dalej si� dzia�o. W ka�dym razie, Robinie - rzek� przymilnym tonem - osobi�cie wola�bym, �eby� nie opuszcza� teraz statku. Z jednego dobrego powodu: sk�d wiesz, czy nie ma tu kogo� innego z pistoletem i twoim nazwiskiem na li�cie?
- Terrorysta? Tutaj?
- Tutaj czy w Rotterdamie, czemu jedno z tych miejsc mia�oby by� mniej prawdopodobne ni� inne? Chcia�bym ci przypomnie�, Robinie, �e w tych sprawach nie jestem taki ca�kiem niedo�wiadczony. W pewnym momencie Nazi�ci og�osili nagrod� za moj� g�ow� w wysoko�ci dwudziestu tysi�cy marek; mo�esz by� pewien, �e do�o�y�em stara�, aby nikt jej nie zdoby�!
To dolecia�o do mnie z lewej strony. Zatrzyma�em si� w drzwiach.
- Jacy "-zi�ci"?
- Nazi�ci, Robinie. Grupa bandzior�w, kt�ra wiele lat temu przej�a rz�dy nad niemieckim narodem, kiedy jeszcze �y�em.
- Kiedy ty jeszcze co?
- Oczywi�cie, chcia�em powiedzie� - wzruszy� ramionami - kiedy jeszcze prawdziwa istota ludzka, kt�rej imi� mi nada�e�, �y�a, ale z mojego punktu widzenia nie jest to rozr�nienie, kt�rego warto dokona�. - Z roztargnieniem w�o�y� nabit� fajk� do kieszeni i usiad� w tak naturalny, sympatyczny spos�b, �e odruchowo r�wnie� usiad�em.
- Ja chyba nie ca�kiem jeszcze przyzwyczai�em si� do twojej nowej postaci, Albercie - o�wiadczy�em.
Cho� ogl�danie samego siebie z punktu widzenia Robina jest ciekawe, nie sprawia mi wielkiej przyjemno�ci. Procedury pani Broadhead ograniczaj� mnie tak, �e musz� m�wi�, dzia�a�, a nawet my�le�, jak prawdziwy Albert Einstein, gdyby �y� i przej�� moj� rol�. Robin chyba uwa�a to za absurdalne. I w pewnym sensie ma racj�. Ludzie s� absurdalni!
- Nie ma na to lepszego momentu ni� obecny, Robinie. - U�miechn�� si�, prostuj�c si� z dum�. Wygl�da� te� bardziej solidnie. Stare hologramy pokazywa�y go w jakich� kilkunastu charakterystycznych pozach, w powyci�ganym swetrze albo koszulce, w skarpetkach lub bez, w trampkach lub w klapkach, z fajk� albo o��wkiem. Dzi� mia� na sobie koszulk�, no jasne, ale na ni� za�o�y� jaki� taki workowaty europejski sweter, rozpinany z przodu, z kieszeniami, kt�ry r�wnie dobrze m�g�by s�u�y� jako marynarka, gdyby nie ten strasznie lu�ny �cieg. Na swetrze mia� znaczek z napisem "Dwa procent", a niewyra�ne czarne kropki wok� podbr�dka sugerowa�y, �e dzi� rano si� nie ogoli�. Zaraz, no jasne, �e si� nie ogoli�! Nigdy si� nie ogoli�, by� przecie� tylko holograficzn� projekcj� komputerowego konstruktu, ale
by� tak przekonuj�cy i prawie �ywy, �e chcia�em mu po�yczy� w�asn� maszynk� do golenia!
Za�mia�em si� i potrz�sn��em g�ow�.
- Co oznacza napis "Dwa procent"?
- Ach - odpar� z zawstydzeniem - to takie has�o z mojej m�odo�ci. Gdyby dwa procent ludzkiej rasy odm�wi�o walki, nie by�oby wojen.
- Teraz te� w to wierzysz?
- Mam nadziej�, �e tak jest - poprawi� mnie. - Wiadomo�ci nie budz� we mnie wielkich nadziei, musz� to przyzna�. Chcesz teraz przejrze� reszt� news�w?
- Chyba powinienem - odpar�em i patrzy�em jak podchodzi do toaletki Essie. Usiad� przed ni� na �awce i oboj�tnie bawi� si� jej buteleczkami perfum i r�nymi damskimi �wiecide�kami; by�o to takie normalne, takie ludzkie, �e odwraca�o moj� uwag� od tego, co m�wi�. Co nie by�o takie z�e, bo wiadomo�ci by�y w ca�o�ci fatalne. Terrory�ci byli jeszcze bardziej aktywni. Zniszczenie p�tli Lofstroma rzeczywi�cie by�o pierwszym krokiem do rewolucji, a w tej cz�ci Po�udniowej Afryki trwa�a ma�a, krwawa wojenka. Terrory�ci wrzucili toksyn� botulinow� do zbiornika w Staines i Londyn zacz�� odczuwa� pragnienie. Nie takich wiadomo�ci chcia�em, i powiedzia�em mu o tym.
Westchn�� i zgodzi� si� ze mn�.
- Rzeczywi�cie, by�o o wiele spokojniej, kiedy jeszcze �y�em, o�wiadczy� t�sknie. - Cho� nie by�y to doskona�e czasy. Mog�em zosta� prezydentem pa�stwa Izrael, wiesz o tym, Robinie? Tak. Ale czu�em, �e nie mog� si� na to zgodzi�. Zawsze popiera�em pok�j, a pa�stwa czasem musz� prowadzi� wojn�. Loeb powiedzia� mi raz, �e wszyscy politycy to patologiczne osobowo�ci i obawiam si�, �e mia� racj�. - Wyprostowa� si� i rozpromieni�. - Ale na koniec mam dla ciebie wreszcie jakie� dobre nowiny, Robinie! Nagroda Broadheada za Odkrycie Naukowe...
- Co Broadheada?
- Przypomnij sobie, Robinie - rzek� z niecierpliwo�ci� - to system nagr�d, do utworzenia kt�rego mnie
upowa�ni�e� tu� przed operacj�. W�a�nie zacz�� wydawa� owoce.
- Rozwi�zali�cie zagadk� Heech�w?
- Och, Robinie, mam wra�enie, �e �artujesz sobie ze mnie - powiedzia� nieco karc�cym tonem. - Oczywi�cie, nic tak spektakularnego jeszcze nie nast�pi�o. Ale ten fizyk z Laguna Beach - Beckfurt? Znasz jego prace? Ten, kt�ry zaproponowa� metod� osi�gania p�askiej powierzchni?
- Nie. I nawet nie wiem, co to jest p�aska powierzchnia.
- C� - odpar�, z rezygnacj�, widz�c, jakim jestem ignorantem - to w tej chwili nie ma znaczenia, jak s�dz�, ale on w�a�nie pracuje nad analiz� matematyczn� brakuj�cej masy. Wydaje si�, Robinie, �e to do�� niedawne zjawisko! W jaki� spos�b do�o�ono mas� do Wszech�wiata, w ci�gu ostatnich kilku milion�w lat!
- Ach, tak - odpar�em udaj�c, �e rozumiem. Ale nie zdo�a�em go oszuka�. Wyja�ni� cierpliwie:
- Je�li pami�tasz, Robinie, par� lat temu Zmar�y - a w�a�ciwie Zmar�a, bo to kobieta ze statku, znanego obecnie jako S. Ja., pr�bowa�a nas przekona�, �e to zjawisko ma co� wsp�lnego z dzia�aniem Heech�w. Wtedy nie po�wi�cili�my temu wi�kszej uwagi, bo nie s�dzili�my, �e jest ku temu jakie� uzasadnienie.
- Pami�tam - rzek�em i by�o to tylko cz�ciowo nieprawd�. Pami�ta�em, �e Albert mia� taki dziki pomys�, �e z jakiego� bli�ej nie okre�lonego powodu Heechowie powoduj� kurczenie si� Wszech�wiata z powrotem do postaci pierwotnego atomu, by spowodowa� nowy Wielki Wybuch i powstanie nowego wszech�wiata o zupe�nie innych prawach fizyki. Potem za� zmieni� zdanie. Na pewno obja�ni� mi wtedy ca�e rozumowanie, ale nie pozosta�o mi ono w pami�ci. - Mach? - spyta�em. - Co� zwi�zanego z facetem nazwiskiem Mach? I facetem nazwiskiem Davies?
- Dok�adnie tak, Robinie - przytakn�� z entuzjazmem, u�miechaj�c si� do mnie z zachwytem. Hipoteza Macha podsuwa�a mo�liw� przyczyn�, ale Paradoks
Daviesa sprawi�, �e ta przyczyna jest nieprawdopodobna. Teraz Beckfurt wykaza� analitycznie, �e Paradoks Daviesa nie musi obowi�zywa�, zak�adaj�c jedynie, �e liczba rozszerze� i skurcze� jest sko�czona! - Wsta� i zacz�� w�drowa� po pokoju, za bardzo zadowolony z siebie, �eby usi���. Nie rozumia�em jednak, z czego si� tak cieszy.
Robin nie do ko�ca rozumie Paradoks Daviesa, ale nie rozumie nawet bardziej s�awnego Paradoksu Olbersa, kt�ry zaprz�ta� g�owy astronomom ju� w dziewi�tnastym wieku. Olbers twierdzi�: je�li wszech�wiat jest niesko�czony, liczba gwiazd powinna by� r�wnie� niesko�czona. Oznacza to, �e nie powinni�my widzie� pojedynczych gwiazd na czarnym niebie, ale jednolit� sfer� blasku, o�lepiaj�co bia��. I udowodni� to matematycznie. (Nie wiedzia� jednak, �e gwiazdy s� pogrupowane w galaktyki, co zmienia obliczenia.) W nast�pnym stuleciu Paul Davies o�wiadczy�: To prawda, �e wszech�wiat jest cykliczny, ca�y czas na przemian kurczy si� i rozszerza, je�li zatem jest mo�liwe, �e ma�a porcja energii nie zostanie zgnieciona i zostanie przeniesiona do nast�pnego wszech�wiata, po niesko�czonym okresie czasu to pozosta�e �wiat�o wzro�nie niesko�czenie i zn�w b�dziemy mieli niebo Olbersa. Nie wiedzia� jednak, �e liczba oscylacji, w kt�rych ta porcja energii pozostanie nietkni�ta, nie jest niesko�czona. A my jeste�my w pierwszym z tych cykli.
- Albercie - spyta�em z niepokojem - czy chcesz mi powiedzie�, �e je�li wszech�wiat spadnie nam na g�owy, my wszyscy zostaniem �ci�ni�ci w - jak ty to nazywasz? �yko?
- Tak, m�j drogi ch�opcze?
- I to ci� tak uszcz�liwia?
- W�a�nie! Och - rzek�, podchodz�c do drzwi i patrz�c na mnie - rozumiem, na czym polega tw�j problem. To si� nie stanie pr�dko. Na pewno jest to kwestia miliard�w lat.
Odchyli�em si� na oparcie i popatrzy�em na niego. Przyzwyczajenie si� do nowego Alberta zajmie mi troch� czasu. Chyba nie zauwa�a�, �e co� jest nie w porz�dku; trajkota� z zadowoleniem o wszystkich niedorobionych teoriach, kt�re do niego sp�yn�y od chwili og�oszenia o powo�aniu nagr�d i o tym, na jakie to ciekawe pomys�y wpad� pod ich wp�ywem.
Pomy�la�?
- Chwileczk� - rzek�em, marszcz�c brwi, gdy� by�o to co�, co nie do ko�ca rozumia�em. - Kiedy?
- Kiedy co, Robinie?
- Kiedy o tym pomy�la�e�? Przecie� by�e� wy��czony przez ca�y czas z wyj�tkiem naszej rozmowy...
- Zgadza si�, Robinie. Kiedy by�em "wy��czony", jak to uj��e�. - Mrugn��. - Teraz pani Broadhead wyposa�y�a mnie we wbudowan� sprz�towo baz� danych i nie przestaj� ju� istnie�, kiedy mnie odsy�asz, wiesz.
- Nie wiedzia�em - o�wiadczy�em.
- I sprawia mi to tyle przyjemno�ci, �eby� tylko wiedzia�! Tak po prostu my�le�! Przez ca�e moje �ycie w�a�nie tego pragn��em najbardziej. Kiedy by�em m�ody, nie mog�em si� doczeka� na okazj�, �eby sobie posiedzie� i pomy�le� - �eby robi� na przyk�ad takie rzeczy, jak rekonstruowanie dowod�w znanych teorii matematycznych i fizycznych. A teraz mog� to robi� cz�sto i przewa�nie znacznie szybciej ni� wtedy, kiedy �y�em! Jestem za to g��boko wdzi�czny twojej �onie. - Nastawi� ucha. - Zn�w tu idzie, Robinie. - Pani Broadhead? W�a�nie przypomnia�em sobie, �eby wyrazi� moj� wdzi�czno�� za nowe oprogramowanie.
Spojrza�a na niego zaskoczona, po czym potrz�sn�a g�ow�.
- Drogi Robinie - powiedzia�a - musz� ci co� powiedzie�. Chwileczk�. - Odwr�ci�a si� do Alberta i rzuci�a do niego trzema czy czterema zdaniami po
rosyjsku. Albert pokiwa� g�ow� z ponur� min�.
Czasem dostrze�enie tego, co si� dzieje na moich oczach, zajmuje mi troch� czasu, ale tym razem by�o to oczywiste.
- Ale� Essie - powiedzia�em zaniepokojony, tym bardziej, �e nie wiedzia�em, jaki jest pow�d tego niepokoju. - Co si� dzieje? Czy Wan co� zrobi�?
Odpar�a powa�nie:
- Wan odlecia� z Gateway i zrobi� to w sam� por�, bo wpakowa� si� w k�opoty z Korporacj� Gateway i z paroma innymi instytucjami te�. Ale nie o Wanie chc� m�wi�. O kobiecie, kt�r� widzia�am w mojej restauracji. By�a bardzo podobna, drogi Robinie, do kobiety, kt�r� kocha�e� przede mn�, Gelle-Klary Moynlin. Tak bardzo, �e pomy�la�am, �e to mo�e jej c�rka.
Gapi�em si� na ni�.
- Co? A tak w og�le, sk�d wiesz, jak wygl�da�a Klara?
- Och, Robinie - odpar�a niecierpliwie. - Dwadzie�cia pi�� lat ma��e�stwa ze specjalistk� od wyszukiwania danych niczego ci� nie nauczy�o? Czy s�dzisz, �e nie chcia�am wiedzie�? Znam j� doskonale, Robinie. Wszystkie dane, jakie zapisano.
- Tak, ale... ona nigdy nie mia�a c�rki, wiesz. - Zamilk�em, zastanawiaj�c si�, czy rzeczywi�cie bym wiedzia�. Bardzo kocha�em Klar�, ale nie trwa�o to d�ugo. By�o ca�kiem mo�liwe, �e w jej �yciorysie by�y rzeczy, o kt�rych nie mia�a okazji mi powiedzie�.
- Tak naprawd� - rzek�a Essie przepraszaj�cym tonem - najpierw przysz�o mi do g�owy, �e to mog�a by� twoja c�rka. Taka teoria, wiesz. Ale mo�liwa. Mog�e� jej zrobi� dziecko, nie? Ale teraz... - Odwr�ci�a si� do Alberta z przepraszaj�cym wyrazem twarzy. - Albercie? Zako�czy�e� przeszukiwanie?
- Tak, pani Broadhead - skin�� g�ow� z ponur� min�. - Nic w danych o Gelle-Klarze Moynlin nie sugeruje, �e kiedykolwiek urodzi�a dziecko.
- No i?
Si�gn�� po fajk� i zacz�� si� ni� bawi�.
- To�samo�� nie budzi �adnych w�tpliwo�ci, pani Broadhead. Ona zameldowa�a si� dwa dni temu, razem z Wanem.
Essie westchn�a.
- Zatem - rzek�a dzielnie - nie ma �adnych w�tpliwo�ci. Ta kobieta w restauracji to sama Klara, nikt podszywaj�cy si� pod ni�.
W tej chwili pr�bowa�em zrozumie�, co si� do mnie m�wi, ale najbardziej ze wszystkiego na �wiecie pragn��em koj�cej, uzdrawiaj�cej obecno�ci mojego programu psychoanalitycznego, Siegfrida von Psycha. Potrzebowa�em pomocy.
Klara? �ywa? Tutaj? Je�li taka niemo�liwo�� by�a prawdziwa, co powinienem z tym zrobi�?
Do�� �atwo by�o powiedzie� sobie, �e nie by�em Klarze winien nic, czego bym ju� nie zap�aci�. Moneta, kt�r� zap�aci�em, to d�ugi czas �a�oby, g��boka i trwa�a mi�o��, poczucie straty, kt�rego nie da�o si� uleczy� jeszcze trzydzie�ci lat p�niej. Zabrano j� ode mnie za morze, kt�rego nie mog�em przemierzy�, a je�li to wszystko w ko�cu by�o do zniesienia, to tylko dlatego, �e uda�o mi si� uwierzy�, �e to Nie By�a Moja Wina.
Tylko �e morze jako� samo si� skurczy�o. A ona by�a tutaj! I ja tutaj by�em, z od dawna po�lubion� �on� i od dawna uporz�dkowanym �yciem, i nie by�o tu miejsca dla kobiety, kt�r� poprzysi�g�em kocha� zawsze i tylko j�.
- Jest co� jeszcze - powiedzia�a Essie, obserwuj�c moj� twarz.
Chyba nie bra�em udzia�u w tej rozmowie zbyt sprawnie.
- Tak?
- Jest co� jeszcze. Wan przylecia� z dwoma kobietami, nie jedn�. Ta druga to Dolly Walthers, niewierna �ona tego cz�owieka, z kt�rym spotkali�my si� w Rotterdamie, wiesz? M�oda osoba. Zap�akana, z rozmazanym tuszem wok� oczu - �adna m�oda kobieta, ale w niezbyt dobrym stanie psychicznym. �andarmeria ameryka�ska aresztowa�a j�, kiedy Wan odlecia� bez odprawy, wi�c posz�am z ni� pogada�.
- Dolly Walthers?
- Och, Robin, s�uchaj uwa�nie, prosz�! Tak, Dolly Walthers. Niewiele mi mog�a powiedzie�, bo �andarmeria mia�a co do niej inne plany. Amerykanie chcieli zabra� j� do Podniebnego Pentagonu. �andarmeria brazylijska pr�bowa�a ich powstrzyma�. Wielka awantura, ale Amerykanie w ko�cu wygrali.
Kiwn��em g�ow� na znak, �e rozumiem.
- Rozumiem. Amerykanie aresztowali Dolly Walthers.
Essie przyjrza�a mi si� uwa�nie.
- Dobrze si� czujesz, Robin?
- Jasne, nic mi nie jest. Tylko troch� si� martwi�, bo je�li dojdzie do tar� mi�dzy Brazylijczykami a Amerykanami, to czy im to nie przeszkodzi w wymianie danych?
- Ach, - odpar�a Essie, kiwaj�c g�ow� - teraz jasne. Czyli mo�na powiedzie�, �e si� czym� martwi�e�, a nie by�e� do ko�ca pewny, co to by�o. - Przygryz�a warg�. - Wybacz mi, drogi Robinie. Te� jestem troch� zmartwiona.
Usiad�a na kraw�dzi ��ka, wzdrygaj�c si� z irytacj�, kiedy poczu�a dotkni�cie aizokonetycznego materaca.
- Najpierw sprawy praktyczne - rzek�a marszcz�c brwi.
- Co teraz zrobimy? Alternatywy mamy nast�puj�ce. Jedna, lecimy bada� ten obiekt odkryty przez Walthersa, zgodnie z planem. Druga, pr�bujemy znale�� wi�cej informacji o Gelle-Klarze Moynlin. Trzecia, zjemy co� i prze�pimy si� zanim co� w og�le zrobimy, bo - doda�a karc�cym tonem - nie zapominaj, Robinie, �e jeste� ci�gle rekonwalescentem po powa�nej operacji jamy brzusznej. Osobi�cie jestem za trzeci� mo�liwo�ci�, a co ty o tym s�dzisz?
Kiedy tak prze�uwa�em t� trudn� odpowied�, Albert odchrz�kn��.
- Pani Broadhead? Przysz�o mi do g�owy, �e wyczarterowanie Jedynki i wys�anie jej na rekonesans fotograficzny nie powinno by� bardzo drogie, mo�e kosztowa� par�set tysi�cy dolar�w. - Zerkn��em na niego, pr�buj�c za nim nad��y�. - To znaczy - wyja�ni� -
�e mo�emy wys�a� j� z misj� odnalezienia tego obiektu, zlokalizowania go, obserwowania i informowania nas nas na bie��co. Nie ma dzi� wielkiego zapotrzebowania na statki dla jednego pasa�era, a tak czy inaczej chyba par� jest dost�pnych tu, na Gateway.
- Bardzo dobry pomys�! - wykrzykn�a Essie. - Czyli za�atwione, prawda? Zorganizuj to, Albercie i w mi�dzyczasie ugotuj dla nas co� pysznego, na pierwszy posi�ek na, och, na naszym nowym statku Prawdziwa Mi�o��.
Osobi�cie nie mia�em nic przeciwko, tak wi�c zrobili�my. Osobi�cie nie mia�em nic przeciwko, bo osobi�cie by�em w szoku. Najgorsze w byciu w szoku jest to, �e o tym nie wiesz. Wydawa�o mi si�, �e jestem zupe�nie przytomny i my�l�cy. Zjad�em wi�c wszystko, co przede mn� postawiono i nie zauwa�y�em nic dziwnego, dop�ki Essie nie zaci�gn�a mnie do wielkiego, ko�ysz�cego si� ��ka.
- Nie odzywa�a� si� przy kolacji - powiedzia�em.
- Dlatego, �e kiedy ostatnie dziesi�� razy odezwa�am si� do ciebie, Robinie, nie odpowiedzia�e� mi - rzek�a, ale w jej g�osie nie us�ysza�em oskar�aj�cego tonu. - Do zobaczenia rano.
Implikacje tego zdania dotar�y do mnie do�� szybko.
- B�dziesz wi�c spa� w go�cinnej kabinie, tak?
- Tak, nie dlatego, kochanie, �e jestem z�a, nawet nie dlatego, �e si� martwi�. Chc� ci pozwoli�, �eby� troch� poby� sam ze sob�, dobrze?
- No tak. To znaczy, tak, kochanie, to chyba dobry pomys� - odpar�em, zaczynaj�c zauwa�a�, �e Essie by�a naprawd� zmartwiona i zacz��em si� nawet zastanawia�, czy powinienem si� tym przejmowa�. Uj��em j� za r�k� i poca�owa�em w nadgarstek zanim posz�a, a nawet zmusi�em si� do dzia�ania i zacz��em rozmow�. - Essie? Czy powinienem by� si� z tob� skonsultowa� zanim nazwa�em statek?
�ci�gn�a usta.
- Prawdziwa Mi�o�� to dobra nazwa - rzek�a rozs�dnie.
Ale chyba mia�a jakie� zastrze�enia, a ja nie wiedzia�em, dlaczego.
- Zapyta�bym ci� - wyja�ni�em - ale to wydawa�o mi si� takie prostackie. To znaczy, pyta� osob�, kt�rej imieniem chce si� nazwa� statek, co chce dosta� na urodziny, zamiast samemu wymy�li�.
U�miechn�a si� i wida� by�o, �e si� odpr�a.
- Ale� Robinie, ty przecie� zawsze mnie o to pytasz. To nie jest wa�ne, naprawd�. A owszem, Prawdziwa Mi�o�� to naprawd� wspania�a nazwa, zw�aszcza, �e teraz ju� wiem, �e prawdziwa mi�o��, kt�r� mia�e� na my�li to ja.
Albert chyba zn�w co� miesza� ze swoimi magicznymi eliksirami nasennymi, bo zasn��em jak dziecko. Ale d�ugo nie pospa�em. Trzy albo cztery godziny p�niej le�a�em na ��ku aizokinetycznym, zupe�nie rozbudzony, do�� spokojny ale i do�� zmartwiony.
Na obwodzie asteroidu Gateway, gdzie znajduj� si� otwory cumownicze, daje si� odczu� si�a od�rodkowa spowodowana jego wirowaniem. D� staje si� g�r�. Ale na pok�adzie Prawdziwej Mi�o�ci tak si� nie sta�o. Albert w��czy� agregaty statku i ta sama si�a, kt�ra nie pozwala�a nam lata� po statku, teraz neutralizowa�a i odwraca�a si�� od�rodkow�; by�em przyjemnie przytrzymywany na przyjemnym ��ku. Czu�em delikatny pomruk system�w wewn�trznych statku, kt�re wymienia�y powietrze, utrzymywa�y ci�nienie i wykonywa�y wiele innych czynno�ci, kt�re utrzymywa�y statek przy �yciu. Wiedzia�em, �e Albert pojawi si� przy mnie, je�li go zawo�am - nie wiedzia�em tylko, jak to zrobi i nieomal warto by�o go zawo�a� tylko po to, �eby zobaczy�, czy wejdzie przez drzwi, czy te� wype�znie spod ��ka, �eby mnie rozbawi�. W jedzeniu, jak i w napoju nasennym, by� chyba jaki� �rodek poprawiaj�cy nastr�j, bo czu�em, �e potrafi� sobie �atwo poradzi� z moimi problemami - cho� to uczucie samo nie robi�o nic, �eby je rozwi�za�.
Jakie problemy musia�em rozwi�za�? To by� pierwszy problem. Przez ostatnie kilka tygodni moje priorytety zmienia�y si� tak cz�sto, �e ju� nie mia�em poj�cia, co umie�ci� na szczycie listy
By� przecie� trudny, bolesny problem terroryst�w, a rozwi�zanie go by�o wa�ne nie tylko z mojego powodu; ale spad� w d� listy, kiedy us�ysza�em, jaki to nowy problem Audee Walthers przyni�s� mi w Rotterdamie. By�a te� sprawa mojego stanu zdrowia, ale wydawa�o si�, �e zosta�a, przynajmniej tymczasowo, zawieszona. No i by� nowy, absolutnie nierozwi�zywalny problem Klary. Z ka�dym z nich mog�em sobie jako� poradzi�. Ze wszystkimi czterema te� mog�em sobie jako� poradzi� - ale jak konkretnie? Co powinienem zrobi�, kiedy wstan� z ��ka?
Nie zna�em odpowiedzi na to pytanie, wi�c nie wsta�em.
Zasn��em, a kiedy si� obudzi�em, nie by�em sam.
- Dzie� dobry, Essie - powiedzia�em, si�gaj�c po jej r�k�.
- Dzie� dobry - odpar�a, przyciskaj�c r�k� do mojego policzka w czu�y, znajomy spos�b. Ale mia�a jaki� mniej znajomy mi problem do om�wienia. - Dobrze si� czujesz, Robinie? �wietnie. Rozmy�la�am troch� o twojej sytuacji.
- Rozumiem - odpowiedzia�em. Czu�em, jak wraca napi�cie; przyjemne odpr�enie gdzie� odp�yn�o. - Jak� sytuacj� konkretnie masz na my�li?
- Sytuacj� dotycz�c� Klary Moynlin, oczywi�cie. To chyba dla ciebie strasznie trudne, Robin, kochany.
- Och - odpar�em mgli�cie - takie rzeczy si� zdarzaj�. - To nie by�a sprawa, o kt�rej rozmawia�o mi si� z Essie �atwo, ale to nie powstrzyma�o jej od pr�b dyskutowania o niej.
- Robin, kochanie - rzek�a spokojnym g�osem, a jej wyraz twarzy wygl�da� na �agodny w przy�mionym �wietle sypialni - nie musisz dusi� tego w sobie. Je�li to st�umisz, kiedy� samo wybuchnie.
�cisn��em jej r�k�.
- Bra�a� lekcje u Sigfrida von Psycha? On mi te� to zawsze powtarza�.
- To by� dobry program, ten Sigfrid. Uwierz mi, wiem, co si� dzieje w twoim sercu.
- Wiem, �e wiesz, tylko...
- Tylko niezr�cznie ci rozmawia� o tym ze mn�, kt�ra w omawianym przypadku jest T� Drug�. Bez kt�rej nie by�oby tego problemu.
- To nieprawda, do jasnej cholery! - nie mia�em zamiaru krzycze�, ale mo�e rzeczywi�cie w ko�cu co� we mnie wybuch�o.
- Nie tak, Robinie. To prawda. Gdyby mnie nie by�o, m�g�by� odszuka� Klar�, pewnie by� j� znalaz�, potem zdecydowa�, co zrobi� z t� ca�� problematyczn� sytuacj�. Mogliby�cie zn�w by� razem. Albo nie - Klara m�oda kobieta, mog�aby nie chcie� takiego odpicowanego cz�ciami zamiennymi staruszka za kochanka, ha? T� mo�liwo�� wykluczam. Tak mi przykro.
Zastanowi�a si� przez chwil�, po czym poprawi�a si�.
- Nie, to nieprawda; nie jest mi ani troch� przykro, �e si� kochamy. Bardzo to dla mnie wa�ne - ale problem zostaje. Tylko �e, Robinie!! Nikt tu nie jest winny! Ty nie zas�ugujesz na poczucie winy, ja te�, Klara te� sobie na to nie zas�u�y�a. Wi�c ca�a wina, zmartwienie, strach, s� w twojej g�owie. Nie Robinie, nie zrozum mnie �le; to, co jest w g�owie, mo�e bardzo mocno rani�, zw�aszcza kogo�, kto ma tak wra�liwe sumienie, jak ty. Ale to papierowy tygrys. Dmuchnij na niego, on zniknie. Problemem nie jest powr�t Klary; problemem jest twoje poczucie winy.
Wida� by�o, �e nie tylko ja kiepsko spa�em; to jasne, �e Essie prze�wiczy�a sobie na sucho t� mow�.
Usiad�em na ��ku i wci�gn��em powietrze.
- Czy to pachnie kawa, kt�r� przynios�a�?
- Je�li chcesz troch�, Robinie.
- Chc�. - Zastanowi�em si� przez chwil�, kiedy ona podawa�a mi fili�ank�. - Na pewno masz racj� - powiedzia�em. - Wiem o tym. Ale nie wiem, jak mawia� Sigfrid, jak zintegrowa� t� wiedz� z moim �yciem.
Skin�a g�ow�.
- Chyba co� sknoci�am - powiedzia�a. - Powinnam by�a w��czy� podprogramy Sigfrida do Alberta, zamiast
- powiedzmy - gotowania dla smakoszy. Pomy�la�am o zmianie oprogramowania Alberta dla ciebie, bo za to odpowiadam.
- Och, z�otko, to nie twoja...
- ... wina, nie. O tym w ko�cu jest ta rozmowa, prawda? - Essie pochyli�a si� by obdarzy� mnie szybkim poca�unkiem, po czym przybra�a zmartwiony wyraz twarzy. - Och, poczekaj, Robinie, wycofuj� ten poca�unek. Bo tak naprawd� chcia�am powiedzie� co� takiego: w psychoanalizie, jak mi to cz�sto wyja�nia�e�, analityk nie jest wa�ny. Wa�ne jest to, co si� dzieje w g�owie analizowanego, na przyk�ad ciebie. Analityk mo�e by� wi�c maszyn�, nawet do�� okrojon� maszyn�; albo durniem o cuchn�cym oddechu; albo cz�owiekiem z doktoratem... albo nawet mn�.
- Tob�! Wzdrygn�a si�.
- S�ysza�am ju� u ciebie bardziej pochwalny ton - poskar�y�a si�.
- Masz zamiar przeprowadzi� na mnie psychoanaliz�!?
Wzruszy�a ramionami w obronnym ge�cie.
- Tak, mam zamiar, a czemu nie? Jako przyjaciel. Jako dobry przyjaciel, inteligentny, chc�cy s�ucha�, obiecuj�, �e nie b�d� nawet w najmniejszym stopniu ci� ocenia�. Obiecuj�, kochany Robinie. Jako kto�, kto pozwoli ci gada�, walczy�, krzycze�, szlocha�, a� wyjdzie z ciebie to, co naprawd� czujesz i czego pragniesz.
Czu�em, jak moje serce topnieje! Zdo�a�em tylko powiedzie�:
- Och, Essie... - ale wtedy zacz��em si� ba�, �e si� rozbecz� bez najmniejszego problemu. Zamiast wi�c p�aka�, poci�gn��em kolejny �yk kawy i potrz�sn��em g�ow�. - Nie wydaje mi si�, �eby to zadzia�a�o - powiedzia�em. Odczuwa�em �al i musia� on pojawi� si� w moim g�osie, ale czu�em jeszcze co� innego - jak to nazwa�? Zainteresowanie? Techniczne zainteresowanie. Zainteresowanie rozwi�zaniem problemu.
- Dlaczego to ma nie zadzia�a� - nalega�a bojowym
tonem. - Pos�uchaj, Robinie, przemy�la�am to wszystko dok�adnie: najlepsz� cz�ci� twoich sesji z Sigfridem, jak m�wi�e�, cz�sto tak naprawd� by�o to, co si� dzia�o po drodze: kiedy przepowiada�e� sobie, co chcesz powiedzie�, wyobra�a�e� sobie, co Sigfrid ci powie, a co ty mu odpowiesz.
- Powiedzia�em co� takiego? - Zawsze mnie zadziwia�o, jak du�o Essie pami�ta�a z niezobowi�zuj�cych pogaw�dek sprzed �wier�wiecza.
- Dok�adnie co� takiego - odpar�a z przekonaniem.
- Wi�c czemu nie ja? Tylko dlatego, �e jestem osobi�cie w to zaanga�owana?
- No, na pewno by�oby to trudniejsze.
- Trudne rzeczy za�atwiam od r�ki - rzek�a rado�nie.
- Niemo�liwe w ci�gu miesi�ca.
- Szcz�ciara z ciebie - powiedzia�em - ale...
- zastanowi�em si� przez chwil�. - Widzisz, to nie jest tylko kwestia s�uchania. W dobrym programie psychoanalitycznym �wietne jest to, �e on wy�apuje te� wszystkie rzeczy niewerbalne. Rozumiesz, co mam na my�li? To "ja", kt�re m�wi, nie zawsze wie, co chce powiedzie�. Blokuj� to - czasem to "ja" to blokuje, czasem co� innego, gdy� uwolnienie tych wszystkich starych historii oznacza b�l, a nikt nie lubi doznawa� b�lu.
- Trzyma�abym ci� za r�k�, a� przetrzyma�by� ca�y b�l, Robinie.
- Oczywi�cie, �e by� trzyma�a. Ale czy zrozumia�aby� te wszystkie sygna�y niewerbalne? To ukryte, milcz�ce "ja", przemawia symbolami. Marzenia. Przej�zyczenia freudowskie. Niewyja�nione awersje. L�ki. Pragnienia. Wzdrygni�cia i mruganie. Uczulenia - te wszystkie rzeczy, Essie i tysi�ce innych, jak impotencja, brak oddechu, sw�dzenia, bezsenno��. Nie chc� powiedzie�, �e na wszystkie te rzeczy si� uskar�a�em...
- No pewnie, �e nie na wszystkie!
- ... ale nale�� one do s�ownika, kt�ry potrafi odczyta� Sigfrid. Ale nie ja. I ty te� nie.
�wiat�a w pokoju poja�nia�y powoli i do pokoju wkroczy� Albert Einstein. Nie, �eby przeci�ga� si� i ziewa�,
ale robi� wra�enie podstarza�ego geniusza, kt�ry w�a�nie wsta� z ��ka, gotowego na wszystko, co mo�e nadej��, ale jeszcze nie ca�kiem przebudzonego. - Czy wyczarterowa�e� ten statek na rekonesans fotograficzny? - naciska�a Essie?
- Jest ju� w drodze, pani Broadhead - odpar�.
Nie wydawa�o mi si�, �eby tak do ko�ca to ze mn� uzgodniono, ale mo�e i tak by�o, pomy�la�em. - A wys�a�e� wiadomo�ci, zgodnie z ustaleniami? - kontynuowa�a.
- Tak, wszystkie, pani Broadhead. - Pokiwa� g�ow�. - Zgodnie z pani poleceniem. Do wszystkich wysoko postawionych os�b w ameryka�skich w�adzach wojskowych, kt�re s� winne Robinowi przys�ug�, prosz�c, �eby zrobi�y co w ich mocy i przekona�y ludzi z Pentagonu, by�my mogli przes�ucha� Dolly Walthers.
- Tak. Czyli wszystko zgodnie z poleceniem - zgodzi�a si� Essie i zwr�ci�a si� do mnie. - Jak wi�c widzisz, jest tylko jedna droga, kt�r� mo�emy si� uda�. Odnale�� t� Dolly. I Wana. Odnale�� Klar�. Potem - rzek�a, a cho� jej g�os brzmia� pewnie, wyraz twarzy mia�a znacznie mniej pewny siebie, a o wiele bardziej wra�liwy - potem zobaczymy, co zrobimy, Robinie, wi�c �yczmy sobie wszystkim szcz�cia.
Sz�a do przodu o wiele za szybko, �ebym m�g� za ni� nad��y� i w takich kierunkach, �e jestem pewien, i� nigdy bym si� na to nie zgodzi�. Oczy prawie wyskoczy�y mi ze zdumienia.
- Essie! Co si� dzieje? Kto powiedzia�...
- Osob�, kt�ra podj�a decyzj� by�am ja, drogi Robinie. To oczywiste. Nie mo�esz tak �y� z Klar�, jak z duchem w pod�wiadomo�ci. Musisz stan�� z prawdziw� Klar� twarz� w twarz. Jest tylko jeden spos�b na to, prawda?
- Essie! - by�em mocno zszokowany. - Wys�a�a� te wiadomo�ci? Podrobi�a� m�j podpis? Ty...
- Zaraz, poczekaj, Robinie! - odpar�a, sama nie�le zszokowana. Podpisa�am te wiadomo�ci "Broadhead", a tak si� chyba nazywam, prawda? Mam prawo podpisywa� si� w�asnym nazwiskiem, czy� nie?
Gapi�em si� na ni� z poczuciem frustracji. Solidnej frustracji.
- Kobieto - powiedzia�em wreszcie - jeste� za cwana jak na m�j gust, wiesz o tym? Dlaczego mi si� ci�gle wydaje, �e zna�a� ka�de s�owo z tej rozmowy zanim si� ona zacz�a?
Wzruszy�a ramionami z wy�szo�ci�.
- Jestem specjalistk� od informacji, ci�gle ci to powtarzam, Robinie. Wiem, jak si� pos�ugiwa� informacjami, szczeg�lnie zdobytymi przez dwadzie�cia pi�� lat obcowania z obiektem, kt�ry bardzo kocham i bardzo chc�, �eby by� szcz�liwy. Wi�c owszem, przemy�la�am dok�adnie, co nale�y zrobi� i na co by� pozwoli� i dosz�am do nieuniknionych wniosk�w. Zrobi�abym o wiele wi�cej, gdyby to by�o konieczne, Robinie - zako�czy�a wstaj�c i przeci�gaj�c si�. - Zrobi�abym to, co by�oby najlepsze, nawet znik�abym na p� roku, �eby�cie ty i Klara mogli rozwi�za� swoje problemy.
Dziesi�� minut p�niej, podczas gdy Essie i ja myli�my si� i ubierali�my, Albert uzyska� zezwolenie na start i wyprowadzi� Prawdziw� Mi�o�� z doku i ju� byli�my w drodze do Podniebnego Pentagonu.
Moja ukochana �ona, Essie, ma wiele cn�t. Jedn� z nich jest taki altruizm, �e czasem zapiera mi dech. Kolejn� - poczucie humoru, kt�re czasem udziela si� jej programom. Albert przebra� si� za dzielnego, odwa�nego pilota: w sk�rzan� pilotk� z �opocz�cymi nausznikami, bia�y jedwabny szalik Czerwonego Barona, kt�ry zarzuci� do ty�u, kiedy zasiad� przykucni�ty w fotelu pilota, gapi�c si� z niech�ci� na przyrz�dy sterownicze.
- Daj sobie z tym spok�j, Albert - powiedzia�em do niego, a on odwr�ci� g�ow� i rzuci� mi g�upawy u�mieszek.
- Tylko pr�bowa�em was rozweseli� - rzek�, �ci�gaj�c z g�owy pilotk�.
- Uda�o ci si�, no dobrze. I rzeczywi�cie mnie rozbawi�. Mimo wszystko czu�em si� ca�kiem nie�le. Jedynym sposobem na poradzenie sobie z potwornym, mia�d��cym uczuciem depresji spowodowanej ukrytymi problemami jest wyci�gni�cie ich na �wiat�o dzienne -
w taki czy w inny spos�b - i to na pewno by�a jaka� metoda. Docenia�em kochaj�c� trosk� mojej �ony. Docenia�em styl lotu mojego nowego statku. Docenia�em nawet schludny spos�b, w jaki Albert pozby� si� swojej holograficznej pilotki i szalika. Nic tak prostackiego, jak rozp�ywanie si� w powietrzu. Po prostu zwin�� je i upcha� gdzie� pod nogami i pewnie tam sobie le�a�y, by znikn��, kiedy nikt nie b�dzie patrzy�.
- Czy sterowanie statkiem anga�uje ca�� twoj� uwag�, Albercie? - zapyta�em.
- Niezupe�nie, Robinie - przyzna�. - On ma oczywi�cie pe�ne oprogramowanie do nawigacji.
- Wi�c siedzenie tam jest kolejnym sposobem na rozbawienie mnie. Czemu wi�c nie zabawiasz mnie w inny spos�b? Rozmawiaj ze mn�. Opowiedz mi o tym wszystkim, co zawsze chcia�e� mi pokaza�. No wiesz. O kosmologii, Heechach, Sensie Wszechrzeczy i Bogu.
- Jak sobie �yczysz, Robinie - rzek� zgodnie - ale mo�e najpierw przeczytasz otrzyman� wiadomo��.
Essie podnios�a wzrok z k�ta, gdzie przegl�da�a raporty z uwagami klient�w, za� Albert wyczy�ci� wielki ekran ukazuj�cy gwiazdy i wy�wietli�, co nast�puje:
Robinette, drogi ch�opie, facet, kt�ry zmusi� Brazylijczyk�w, by przewr�cili si� na grzbiet �apkami do g�ry i udawali nie�ywych, nie mo�e prosi� o zbyt wiele. Podniebny Pentagon zosta� powiadomiony o twojej wizycie wraz z poleceniem, by spe�ni� wszystkie twoje �yczenia. W twoje r�ce. Manzbergen
- Na Boga - rzek�em ze zdumieniem i z zachwytem - zrobili to! Przekazali dane! Albert pokiwa� g�ow�.
- Na to wygl�da, Robinie. Chyba powiniene� by� zadowolony ze swoich dzia�a�.
Essie podesz�a i poca�owa�a mnie w szyj�.
- Popieram t� uwag� - zamrucza�a. - Genialny Robin! Bardzo wp�ywowy cz�owiek.
- E tam, sk�d�e znowu - odpar�em, u�miechaj�c si� z�o�liwie. Nie mog�em powstrzyma� takiego u�mieszku. Gdyby Brazylijczycy przekazali dane wyszukiwania i namierzania Amerykanom, Amerykanie prawdopodobnie mogliby po��czy� je z w�asnymi danymi i znale�� jaki� spos�b na rozwi�zanie problemu cholernych kosmicznych terroryst�w i piekielnego, przyprawiaj�cego o szale�stwo TNP. Nic dziwnego, �e genera� Malzbergen by� mn� zachwycony! Sam te� by�em w si�dmym niebie. Zn�w si� okaza�o, �e je�li problemy ci� przyt�aczaj� i nie mo�esz si� zdecydowa�, za kt�ry si� najpierw zabra�, je�li tylko dobierzesz si� do pierwszego, zaraz zobaczysz, �e wszystkie pozosta�e te� znikaj�... - Co takiego?
- Pyta�em, czy jeste� nadal zainteresowany rozmow� - spyta� Albert z t�sknot� w g�osie.
- Tak, pewnie. Chyba tak. - Essie wr�ci�a do swego k�ta, lecz zamiast zabra� si� za swoje raporty, obserwowa�a uwa�nie Alberta.
- Je�li wi�c nie masz nic przeciwko - rzek� nie�mia�o Albert - z przyjemno�ci� pogada�bym z tob� nie o kosmologii i eschatologii, ani o brakuj�cej masie, ale o moim poprzednim �yciu, je�li mo�na.
Essie zmarszczy�a brwi i otworzy�a usta, by przem�wi�, ale podnios�em r�k�.
- Niech m�wi, kochanie. Chyba rzeczywi�cie nie mam teraz g�owy do brakuj�cej masy.
Kontynuowali�my wi�c nasz� kr�tk�, szcz�liw� podr� do Podniebnego Pentagonu, za� Albert, siedz�c w fotelu pilota z r�kami z�o�onymi na kr�g�ym brzuchu ukrytym pod niechlujnym swetrem wspomina� o dawnych czasach w biurze patentowym w Szwajcarii, o tym, jak kr�lowa belgijska akompaniowa�a na pianinie skrzypkowi; a tymczasem nasza przyjaci�ka-z-trzeciej-r�ki Dolly Walthers by�a intensywnie przes�uchiwana przez oficer�w wywiadu w Podniebnym Pentagonie; tymczasem nasz jeszcze-nie-ca�kiem-przyjaciel Kapitan likwidowa� �lady swojej interwencji i pogr��a� si� w �a�obie po utraconej ukochanej; a moja kiedy�-wi�cej-ni�-przyjaci�ka Klara Moynlin...
Nie wiedzia�em, co tymczasem robi�a Klara, nie tylko dlatego, �e wtedy jeszcze nie wiedzia�em. Tak naprawd�, to na pewno nie chcia�em wiedzie�.